Zawisza Bydgoszcz - Widzew Łódź (2:0)

23.11.2013 (2:0)

 

Video

 

 

kibic Zawiszy stracił oko


  Relacja

Choć w sobotnie popołudnie Widzew mierzył się z Zawiszą, to w Bydgoszczy panował klimat iście derbowy. „Czerwona Armia” powróciła do tego miasta po 3-letniej przerwie jeszcze liczniejsza i znów z choreografią. Nie zabrakło też atrakcji „pozaboiskowych”. Na nim z kolei znów wstyd i hańba.

Na takie eskapady, jak ta do Bydgoszczy, wiary nie trzeba zbyt mocno namawiać. Każdy, kto było obecny na pamiętnym wyjeździe pucharowym przed trzema laty wiedział, gdzie i z kim spędzi sobotę 23 listopada. Z puli biletów przyznanej widzewiakom przez organizatora (1800 sztuk) rozeszła się duża większość i do stolicy województwa kujawsko-pomorskiego wybrało się łącznie 1400 kiboli, w tym setka fanów z Grudziądza oraz delegacja Ruchu Chorzów.

 Prologiem do wycieczki było nocne hasanie, w efekcie którego żywot na jakiś czas zakończyło ponad 30 grafów ŁKS.

Chwilę przed ósmą pociąg specjalny wystartował i fani w komfortowych warunkach rozpoczęli podróż. Sielanka trwała jednak krótko. W Zgierzu nastąpiła awaria trakcji i towarzystwo zaliczyło przymusowy, godzinny postój w okolicach stacji elegancko odstrojonej w widzewskie malunki.

Spóźniony skład zatrzymał się ponownie mniej-więcej w połowie trasy, bowiem na drodze biegnącej równolegle do torów obserwatorzy wypatrzyli kolumnę aut na rejestracjach CWL. Z wagonów, w kierunku „Rodowitych łodzian z Włocławka” wybiegła chmara ludzi (ok. 400-500). Do pokonania mieli oni jednak spory kawałek pola i drogi. Zanim grupa dotarła w miejsce przebywania delikwentów, zaroiło się od policji, która wstrzymała ruch. Podejmowanie dalszych czynności nie miało więc sensu, zwłaszcza przy całkowicie biernej postawie rywali, toteż zawrócono do pociągu i ruszono w dalszą podróż.

 Niestety poślizg czasowy spowodował, że grupa wyjazdowa dotarła pod bramy stadionu spóźniona, co miało wpływ na wchodzenie kibiców na trybuny już w trakcie trwania meczu. Swoje dołożyła też miejscowa ochrona, która mozolnie zczytywała dane z dowodów błądząc w gąszczu kartek listy imiennej. A miało być szybko i sprawnie…

 Na skutek tego, że za sześcioma kołowrotkami wciąż znajdowało się sporo kibiców, doping w pierwszej połowie niemal całkowicie odpuszczono. Pojawiały się jedynie sporadyczne okrzyki, głównie uderzające w bydgosko-łódzką koalicję. Nie zabrakło też przyśpiewek obnażających romans ŁKS z „Kolejorzem”, co musiało być miodem na uszy zawiszan ;-) W pierwszych 45 minutach wokalnie dominowali więc bydgoszczanie, którzy na skutek decyzji wojewody kujawsko-pomorskiej, musieli przenieść się z młynem z zamkniętej trybuny na leżący obok łuk. Wizualnie prezentowali się bardzo solidnie.

Zabawa w sektorze gości zaczęła się więc tak naprawdę w 46 minucie. Wcześniej powieszono jedynie flagi, min.: wyjazdówka Sochaczewa (debiut), „Widzew Łódź”, „Awanturnicy”,”Zgierz”, „Elita Pabianic”,”Stare Miasto”, „Chojny”, ŚP. „Górnik”,”Aleksandrów”, „Żabieniec”, „FCB ’91″, „Kanzas”, czy „WFCG”. Rozłożono również pasy materiału, które stanowić miały oprawę meczową. W dobie zakazanych sektorówek jest to już kolejna prezentacja Ultras Widzew przygotowana z konieczności właśnie w tej formie.

O tym, że wyszła konkretnie, jak zawsze, przekonać można było się na początku drugiej połowy. Złączone pasy przedstawiały scenę z ostatnich derbów przy Piłsudskiego, kiedy  to Bruno Pinheiro poczęstował Marcina Mięciela soczystym frontem. Po odwróceniu materiału ukazała się analogiczna sytuacja przeniesiona z łódzkiej ulicy, na której widzewiak „wita się” kopem z wrogiem w biało-czerwono-białej kominiarce. Całość dopełnił transparent „Futbol hardcore’owy” oraz jego rozwinięcie: „To jest futbol hardcore’owy, my kopiemy ku…y  w głowy” oraz co rusz wybuchające pod nogami milicji „achtungi”. Choreografia ta była też niejako nawiązaniem do prezentacji ełkaesiaków na jednym z IV-ligowych boisk, gdzie dopuścili się oni oprawy w barwach…tęczy.

Kiedy pasy zostały zwinięte swój pokaz zaprezentowali gospodarze, którzy rozwinęli sektorówkę z namalowaną jazdą konną z tarczami w barwach Zawiszy i ŁKS. Towarzyszył temu transparent „Rycerze Pomorza, Rycerze Wiosny” oraz doniosłe okrzyki gości „ŁKS dosiada konia” ;-). Pod materiałem zaświeciło się też kilka ‚ogni wrocławskich” (?).

 W okolicach 60 minuty gry doszło do interesujących wydarzeń za widzewskim sektorem. Próbę dotarcia do niego, od strony boiska bocznego, urządzili sobie mocno spóźnieni do Bydgoszczy fani z Karolewa (ok. 200 osób). Nie zdołali oni jednak sforsować ogrodzenia i zostali wyparci przez mundurowych. W tym czasie na spotkanie starali się też dostać widzewiacy jednak i im milicja utrudniła sprawę odrzucając ich od epicentrum zdarzeń. Choć początkowo broniła się pod naporem kibiców, uratowała się od linczu używając ostatecznie polewaczki.

Kiedy fani powrócili na sektory rozpoczął się okres dobrego dopingu dla piłkarzy, którzy w trakcie zajść stracili drugiego gola. Mimo starań fanatyków drużyna grała beznadziejnie i kolejna porażka wyjazdowa zaczęła się mocno przybliżać. W pewnym momencie nastąpiła przerwa w dopingu miejscowych, zaczęło dochodzić do nerwowej bieganiny. Domyślić się można było, że coś dzieje się także i za młynem Zawiszy. Pojawienie się większej liczby mundurowych rozwiało wątpliwości i z „klatki” zaintonowano stosowny repertuar skierowany przeciw milicji.

Po meczu dowiedzieliśmy się, że służby w porozumieniu z organizatorem nie chciały wpuścić na stadion gości z ŁKS, którzy określili się na ok. 600 osób. W geście solidarności trybuny więc chcieli opuścić gospodarze, ale na to nie pozwoliła im milicja, która używając gazu, pał i ostatecznie shotgunów siłą zablokowała wolnym obywatelom RP wyjście z imprezy masowej! Milicyjna furia skończyła się tragicznie dla jednego z miejscowych fanów, który w wyniku idiotyzmu funkcjonariuszy stracił oko („zomowcom” wolno strzelać „gumkami” jedynie poniżej linii pasa)!

 Końcówka spotkania, to bardzo dobry doping przyjezdnych, którego echo niosło się po całym stadionie. Niestety dużo gorszą formę znów zaprezentowali piłkarze przegrywając z beniaminkiem 0:2. Podkreślić należy fakt, że część z nich po ostatnim gwizdku szybciutko uciekła do szatni (pierwszy pod prysznicem był zapewne „as” Lafrance, autor trzeciego w tym sezonie samobója). Odwagę podejść pod sektor miał jedynie Aleksejs Visnakovs (reszta albo uciekła albo z daleka pomachała kibicom, jacy przejechali za nimi 300km), który sporo się nasłuchał za kolegów z drużyny. Fani bowiem nie wytrzymali i wreszcie potraktowali zawodników („Co wy robicie” oraz „Widzew grać, ku…a mać!”), co i tak było łagodną karą jak na ich wyczyny.

Ciekawostką jest też fakt, że na pomeczowy rozruch wysłany został tylko jeden piłkarz, który wykonywał serię mało przyjemnych ćwiczeń. Tym graczem był właśnie starszy „Wiśnia”. Czyżby zarobił jakąś karę za spoufalanie się z kibolami?

 Po meczu przyjezdnych jeszcze długo trzymano na terenie stadionu.W drogę na dworzec ruszono dopiero po blisko dwóch godzinach, co jest totalnym absurdem, jednym z wielu w nadwiślańskim kraju. Podróż powrotna przebiegła już bez większych odchyleń od normy.

źródło: WidzewToMy.pl